poniedziałek, 4 września 2017

Rozdział II



           Białowłosa wróciła niosąc w ręce dwa kubki, tymczasem Victoria zdążyła wypakować książki i inne duperele potrzebne jej do dzisiejszej lekcji. Usiadły przy stoliku i zaczęły.
               -        Więc — rzuciła granatowooka — co wiesz o Beksińskim? – Nastolatka przekalkulowała wszystko, co wie, po czym orientując się na jak wielkim minusie stoi jej wiedza, odpowiedziała.
               -        Jakieś obrazy widziałam, bez tytułu coś... No i ta rodzinna klątwa.
               -        Jaka klątwa? – Zapytała szczerze zdziwiona jasnowłosa. Do cholery, obrazów Beksińskiego, którym nie nadał tytułu jest od groma. Poza tym, dlaczego zaczęła od malarstwa? No nic. Zaraz ją naprostuję. Mistrza Beksińskiego twórczości nie znać?
Skandal!
               -        No ten jego syn się powiesił czy coś — rzuciła, patrząc jak żyłka na skroni studentki zaczyna pulsować. – I jego żona... I teściowa... A jego samego postrzelili chyba. Niedawno całkiem... – powiedziała coraz mniej pewna — Czytałam o tym w internecie!
               -        Tak, internet źródło wiedzy! – Facepalm Vii obrazował jej zdruzgotanie. – Każdy, na wpół ćwierćinteligent może tam, natchniony swoim słowotokiem, powypisywać pierwsze lepsze bzdury, a głupi ludzie w to wierzą, zamiast używać swoich mózgów. Nie wierzymy internetom! Zapamiętaj to, do końca życia. Beksiński został zasztyletowany, jego żonie pękł guz i zmarła rok przed jego synem, który zażył dużą ilość niezidentyfikowanych tabletek. Była to już nie pierwsza jego próba samobójcza. Teściowe długo z nimi mieszkały i zapewniam, że wszystko było z nimi w porządku. Mam nadzieję, że nie wylecisz mi tu za chwilę jeszcze z jakimś artystą albo malarzem przeklętym! – Oburzała się, tłumacząc swoje racje.
               -        Książkę o tym napisali!!!
               -        O klątwie Beksińskich? - Zapytała — Podaj mi tytuł i autora?
               -        ... – Białowłosa zamrugała parę razy – Eeeeeeeee...
               -        To zwyczajny ludzki wymysł. Po prostu „Klątwa Beksińskich” jest bardziej chwytliwe marketingowo i przyciąga więcej masowych odbiorców. Jednak my nie jesteśmy masowym odbiorcą. My mamy swoje mózgi po to — tu puknęła nastolatkę w czoło — by z nich korzystać i sprawia nam to tyle przyjemności, że nie pozwalamy, by inni myśleli za nas. KPW?
               -        No już, skończ, kumam — burknęła zirytowana. – To, co z tym Beksińskim?
               -        Mówiłaś, że widziałaś kilka obrazów bez tytułu. Jak byś mi je scharakteryzowała? – Białowłosa spojrzała w sufit, myśląc zawzięcie...
               -        Hmmm...
               -        Ogólnie. Nie musisz przytaczać konkretnych przykładów. Spróbuj opisać tak, żeby pasowało do wszystkich, które widziałaś. – Dodała, gdy Aki się ociągała z odpowiedzią.
               -        Emm... Ryją banię?
Jasnowłosa była bliska popełnienia morderstwa pierwszego stopnia ze szczególnym okrucieństwem. Mogłabym ukrzyżować, a odcięty łeb wsadzić do kołyski ustawionej pod tymże krzyżem, dorzuciłoby się obok jakąś imitację jasnego księżyca i błękitne sukno na kolebce... Całe podłoże wysypałoby się piaskiem i kamieniami, dodało trochę kości, przytłumiło światło i byłoby bardzo w stylu Beksińskiego. Mimo tej, jakże artystycznej wizji, wzięła kilka głębokich wdechów, by się uspokoić.
               -        Może kojarzysz jakieś inne dzieła Beksińskiego? Nie malarstwo. – Zapytała, a jej głos ewidentnie przestrzegał przed udzielaniem odpowiedzi negatywnej.
Akemi zaczęła intensywnie myśleć, jakby z całej sytuacji wybrnąć tak, by skończyła się bez krwi rozlewu. Jedyne skojarzenie, które zaświtało jej w głowie to rosyjska ruletka. Nagrody pocieszenia nie będzie - albo triumf, albo zgon. Postawiła wszystko na jedną kartę, zmobilizowała siły, wycelowała i strzeliła:
               -        Grafika komputerowa bez tytułu?
               -        Tworzył grafikę komputerową w ostatnich latach swojego życia, to prawda. – Odczuła ulgę, przez co ton jej głosu złagodniał. – A wiesz może, od czego zaczynał?
               -        Emm... Jakoś nie mogę sobie przypomnieć — mruknęła niepewnie fioletowooka.
               -        Dobrze. Więc zaczniemy od początku. Młody twórca zasłynął wygrywając międzynarodowe konkursy fotografii. Po studiach zajmował się także rzeźbą i fotomontażem. Malarstwo było praktycznie ostatnim i najbardziej znanym obszarem jego działalności. W tej dziedzinie był samoukiem, jak widać genialnym. Widziałaś kilka obrazów. Jaką techniką tworzył?
               -        Farba olejna... Zdaje się, że na płycie pilśniowej. – Mózg odmawiał jej posłuszeństwa, nie mogła sobie nic przypomnieć. Denerwowała się bardzo. Wiedziała, że jasnowłosa jest nieobliczalna, gdy coś jej nie pasuje.
               -        Pamiętaj o tym, to ważne. W technice, w której jest możliwość wyboru podłoża trzeba je zawsze wymienić. Malował na płytach pilśniowych, ale wystarczy olej na desce. Charakterystyka tworzywa jest na dalszym etapie opisu.
Dalsza część lekcji minęła im sprawnie i przyjemnie... Akemi nie wiedziała dużo, ale jej wiedza szybko została uzupełniona, pod czujnym okiem Victorii. Skończyły koło 19, po czym porozmawiały troszkę o zwykłych rzeczach — szkole, studiach... Po czym przyszedł czas na TEN temat.
               -        Wiesz... Nie mówiłam Ci, Aki-chan – zaczęła Katsuma — ale jakieś 3 miesiące temu, gdy szłam do biblioteki schodząc ze schodów potknęłam się i wpadłam na pewnego chłopaka.
               -        Uuuuuu, romantixy — rzekła podekscytowana. — Jaki był? Miły, fajny, przystojny, seksi i wiesz?! – Zaczęła wyliczać podekscytowana, miała nadzieję, że jej przyjaciółka wreszcie poznała kogoś, kto ją szczerze doceni.
I może skończy marudzić, że do końca świata będzie samotna... No prawie, bo z gangiem kotów.
               -        Wysoki, całkiem przystojny. Szatyn z bladoniebieskimi tęczówkami... Miał nawet ładny uśmiech. – Opisała go w skrócie studentka.
               -        I co? I co?
               -        Postawił mnie i wtedy zobaczyłam jego kolegę... Boski, mówię Ci! – Krzyknęła podekscytowana. Jej serce waliło jak oszalałe na samo wspomnienie. – W życiu, nie widziałam TAKIEGO faceta!!! Cudowny! – Krzyczała rozentuzjazmowana.
               -        Hmmm.... Niszczysz schemat. – Zamyśliła się.
               -        Wiem — rzuciła jasnowłosa. – Jest taki przystojny! Te jego białe włosy, zielone oczy, ciało... Na Bora jak o nim myślę aż mi gorąco!!! – Coraz bardziej się podniecała. Aki spojrzała na nią, westchnęła i poklepała przyjaciółkę po dłoni. – Zaprosili mnie na kawę, ten szatyn to Neji, a białowłosy Kimimaro. Jest taki zabawny i inteligentny, ma niesamowity charakter, śmiałam się non stop! – Rozmarzyła się. – Neji studiuje grafikę komputerową, a Kimimaro ilustrację, obaj są na czwartym roku.
               -        Fajnie, już ich lubię. – Uśmiechnęła się. – Umówiłaś się z nim?
               -        Nie, nigdzie mnie nie zaprosił. Nie wiem, co jest ze mną nie tak?!!! – Dramatyzowała, a Aki przewróciła oczami. – Jestem za brzydka dla niego? Za mało inteligentna? Nie robię nic ciekawego? Za mało seksowna może?! – Wyrzucała sobie.
               -        Szczerze wątpię, jeżeli tak myśli to albo jest ślepy, albo kręcą go faceci... Poza tym, kto powiedział, że to ON musi zaprosić CIEBIE? – Zapytała.
Jasnowłosa ubzdurała sobie, że kobieta nie powinna adorować mężczyzny, czyli w skrócie robiła sobie pod górkę, a potem dramatyzowała jak czterdziestoletnia panna.
               -        Znasz mnie... – Powiedziała. – Borze!!! Nikt mnie nie chce... Będę sama na wieki! – W jej granatowych tęczówkach stanęły łzy beznadziei i rezygnacji.
               -        Tak, znam... Przestań, głupoty gadasz. – Westchnęła zirytowana. – Ale wracając, więc...? – Victoria zamrugała troszeczkę zdziwiona.
               -        Co „więc”?
               -        Więc co masz zamiar z tym zrobić? Skoro czekasz, co jest głupotą, aż on cię gdzieś zaprosi... Musisz ruszyć ten seksi tyłek i nim pokręcić przed nosem tego całego Kinderaro?
               -        Kimimaro!
               -        Jak zwał, tak zwał...
               -         Co dokładnie masz na myśli, słońce? – Zapytała szczerze zainteresowana.
               -        No, pokaż co masz najlepszego – rzekła. – Pokaż nogi, trochę cycka, plecki czy cuś. Uśmiechnij się zalotnie.
               -        Nie jestem taka — zaoponowała.
               -        No i co, chcesz go mieć? – Vii przytaknęła. – To go zdobądź. Uwiedź.
Jasnowłosą miotały sprzeczne uczucia... Po części chciała, aby Kimimaro zwrócił na nią uwagę, jednak z drugiej strony nie chciała udawać kogoś, kim nie jest. Jednak jej przyjaciółka miała rację, gdy się czegoś pragnęło, trzeba było po to sięgnąć.
               -         Co zrobimy? – Zapytała, jednak.
               -        Trzeba zrobić tak, żeby cię zapragnął, a potem się nie skapnął, że to on został zdobyty, a nie na odwrót. – Zamyśliła się obmyślając złowieszczy plan zdobycia Kindera...
               -        Ehh... Nie widzę tego, Aki - chan. – Powiedziała, chociaż cieszyła się, że przyjaciółka tak bardzo chciała jej pomóc.
               -        Wiem, ale trzeba i warto spróbować, Vii. – Powiedziała troskliwie, uśmiechając się leciutko. Westchnęła. – Ty przynajmniej masz kogoś na oku, nie to, co ja. – Mruknęła cichutko.
               -        Uważasz, że lepiej mieć na oku kogoś kto nie jest tobą zainteresowany i być nieszczęśliwie zakochaną niż nie mieć nikogo? Żartujesz! Nie ma nic gorszego od nieodwzajemnionej miłości.
               -        Ale to zawsze można zmienić, a…
               -        Nie zawsze. Nawet nie wiesz jakie to trudne – ofuczyła się.
               -        A znalezienie faceta to proste jest?! – Zezłościła się fioletowooka.
               -        Nie! Jakby tak było, to już dawno bym kogoś miała. – Odkrzyknęła. – Poza tym nie obchodzi mnie byle jaki facet – uniosła się dumą. – Mój mężczyzna będzie szalenie inteligentny, nieziemsko przystojny, honorowy, wyrozumiały, odpowiedzialny, seksowny jak diabli i będzie mnie kochać do szaleństwa, aż po grób, i będzie nim Kimimaro! – Wyrzuciła z siebie w ekscytacji.
               -        Aleś się zawzięła – zaśmiała się Akemi i chcąc podtrzymać chwilowo dobry, dość wojowniczy nastrój jasnowłosej, dodała – facet już jest Twój.
Granatowooka uśmiechnęła się. Widać było, że humor ewidentnie jej się poprawił. Jednak fioletowooka nie czuła się tak pozytywnie. Westchnęła cierpiętniczo, co natychmiastowo przyciągnęło uwagę Victorii.
               -        Nie łam się Aki! Też sobie kogoś znajdziesz i będzie zajebiście zajebiście zajebisty.
               -        Taa… Powala mnie Twój optymizm. A w szczególności powalają mnie Twoje nagłe zmiany nastroju.
               -        Nie marudź mi tu, dziecko. – Odgryzła się korepetytorka.
               -        Jak mam nie marudzić?! – Nie wytrzymała białowłosa. – Łatwo ci mówić, bo masz już to wszystko za sobą i jesteś wolna! A ja? Od bladego świtu pobudka i do popołudnia w tej pieprzonej szkole; dwa razy w tygodniu jeszcze na dobitę buda w domu, bo przyłazi Uchiha truć o głupotach, z których ni chuja nie rozumiem, co ma zmienić miliard zadań do rozwiązania na następne zajęcia. Jak starzy wrócą z pracy jeszcze gorzej. Ciągle się czepiają i to o wszystko. Dosłownie o wszystko! Ich zdaniem powinnam wyłącznie siedzieć na dupie w domu i się uczyć, broń boże nigdzie nie wychodzić, bo w tym czasie bym się przecież nie uczyła – Armagedon.  Jak do tego dodać korki z Tobą, bo chcę się czegoś nauczyć, zdać na maturze tę historię sztuki, dostać się na grafikę i, kurwa, pierwszy raz spełnić moje, a nie czyjeś marzenie, i żyć potem tak, jak ja chcę, a nie jak mi starzy wiecznie każą. I kiedy, pytam się, do kurwy, kiedy mam kogoś poznać, jak cały czas siedzę na dupie i nosa za drzwi nie wystawiam? Jak mam sobie kogoś znaleźć niby, poznać, zakochać się? No, do cholery, jak dwa razy w tygodniu gdzieś wyjdę to jest szał i w ogóle fanfary proszę – wyrzuciła rozeźlona, co jej leżało na sercu.
               -        Nie martw się, słońce – jasnowłosa objęła ją ramieniem i przytuliła. – Rozumiem cię doskonale. Sama przez to przechodziłam. Moi konserwatywni, choć niebogaci starzy z ich obsesją wykształcenia mnie jak najlepiej, która im gdzieś nagle, gdy poszłam na studia znikła. Ale już niedługo ci zostało. Na razie skoncentruj się na tym, co dla ciebie ważne i nie przejmuj się niczym ani nikim. – Spojrzała na nią i uśmiechnęła się delikatnie. – Pomyśl lepiej o mnie. Teraz większość par poznaje się w liceum, a ja mam to już za sobą i nadal jestem singielką, a LO przecież nie wróci. Ty masz jeszcze trochę czasu, więc nie jesteś w aż tak beznadziejnej sytuacji jak ja – zaśmiała się. – Sama widzisz, że nie jest tak źle. Dołujesz się niepotrzebnie.
               -        W LO… – Aki zamyśliła się na chwilę, ale nie dane jej było długo kontemplować.
               -        Co przede mną niecnie ukrywasz, Ty…!?! – Przerwała jej rozmyślania jasnowłosa.
               -        Eto… Eto… Nic takiego właściwie – wyjąkała fioletowooka, zmieszana jak gdyby przyłapano ją na gorącym uczynku.
               -        Nie kręć – wyszeptała ze złowieszczym uśmiechem Katsuma, co znaczyło mniej więcej tyle, że coś podejrzewa i już nie da się zbyć od tej chwili, aż do skończenia świata.
               -        No poważnie ci mówię, że nic – broniła się białowłosa. – Jakby było coś, to bym przecież powiedziała. Komu jak komu, ale tobie na pewno.
Victoria popatrzyła na nią jawnie okazując niezadowolenie i całkowity brak wiary w to, co licealistka powiedziała.
               -        A jedzie mi tu czołg? – Zapytała, wskazując na swoje lewe oko.
               -        Żebyś, kuźwa, wiedziała! – Odpysknęła Kagawa.
               -        Gadaj, ale to już – warczała.
               -        Jesteś niegrzeczną dziewczynką, nie powiem ci nic! – Wystawiła język.
               -        Osz Ty… Mały…
               -        No co, co?
               -        Foch! Do setki. Z przytupem. – Tu naburmuszyła śmiesznie usta.
               -        No już, już, nie bocz się na mnie – parsknęła na ten widok śmiechem Akemi. – Chodzi o to – zaczęła, gdy się względnie opanowała – co powiedziałaś, że większość par poznaje się w liceum. – Zrobiła krótką pauzę. – I przypomniał mi się jeden chłopak…
               -        Osz ty mendo, wiedziałam, że faceta przede mną ukrywasz!
               -        Ale to kumpel tylko – zaprzeczyła szybko białowłosa. – Po prostu… On jako jedyny w tej budzie normalny jest. Można z nim fajnie pogadać, no i w ogóle. Sympatyczny.
-        No powiedz, że coś więcej o nim. – Domagała się jasnowłosa, kiedy jej ciekawość nie została zaspokojona.
               -        Nazywa się Iwagake Deidara, jest na inf - geo - obcy, z równoległego rocznika.
               -        Ale jesteś w jego temacie, kurwa, wylewna. – Rzuciła nieukontentowana.
               -        No co mam ci powiedzieć? – Rzuciła rozeźlona.
               -        Jaki jest? Charakter, wygląd, dlaczego w ogóle go lubisz, a nie, fajny jest i tyle. – Wyliczyła nadal naburmuszona, lecz już lekko rozentuzjazmowana granatowooka.
               -        Vii, kocie, aleś nieznośna – westchnęła z jadem.
               -        Też cię kocham, słońce – zaśmiała się.
               -         Z poczuciem humoru, inteligentny, zwariowany, troskliwy, spontaniczny i ogólnie taki pozytywnie nastawiony do życia. Do tego dobrze się ubiera i całkiem przystojny jest; wysoki, szczupły, blondyn, długie włosy, niebieskie oczy, wysportowany. I ma swoje pasje.
               -        U… la… la…
               -        Tak się w sumie poznaliśmy. – Kontynuowała, nie zważając na przerywnik Katsumy –ja szykowałam kolejny projekt plastyczny na olimpiadę i wpadłam na niego po lekcjach, jak na ławce za boiskami lepił coś z gliny. Śmieszna sprawa. Zaciekawiło mnie co robi i przyglądałam mu się trochę mało dyskretnie. No dobra, zapomniałam się i po prostu stałam niedaleko wgapiając się w niego. A on nagle się obrócił i zapytał, co robię. Spaliłam cegłę, bo mimo wszystko, no przystojny dość jest, ale to tylko kumpel, podkreślam. No i zaczęłam się jąkać, że szykuję pracę na konkurs z plastyki i tak po prostu zaciekawiło mnie co rzeźbi. A on uśmiechnął się tak szeroko i promiennie, zupełnie nie zważając na to, że zrobiłam z siebie kretynkę. Zawołał do siebie, zaczął mi tłumaczyć, pokazywał co i jak robi, opowiadał o tym z promykami w oczach i w ogóle tak się zachowywał, jakbyśmy się znali od dawna. Mnie ciśnienie już spadło i dosiadłam się do niego. Gadaliśmy na totalnym luzie, śmialiśmy się i w ogóle fajnie było. A na koniec przedstawił mi się w końcu, zresztą też się zarumienił i przepraszał, że tak późno się zorientował, że tego nie zrobił, i zaproponował odprowadzenie mnie do domu.
               -        Ii…!?!
               -        Nic. Odprowadził mnie i tyle. I od tamtej pory zaczęliśmy ze sobą gadać, i zaprzyjaźniliśmy się.
               -        Całkiem fajny z tego co mówisz – uśmiechnęła się przymykając oczy Victoria.
               -        No, można z nim pogadać o wszystkim i być całkowicie sobą. Za to właśnie lubię go najbardziej. – Aki uśmiechnęła się radośnie.
               -        Mam nadzieję, że biedak nie utknie we friendzone – zaśmiała się jasnowłosa. –Szkoda by było.
               -        On nie jest zainteresowany mną w taki sposób – próbowała się bronić Kagawa i jakby na potwierdzenie swoich słów wykrzywiła usta w geście dezaprobaty.
               -        Ściemniasz. Na pewno rzuci się na ciebie przy najbliższej okazji. Chyba, że zrobisz taką minę – rzuciła jasnowłosa, wystawiając w jej stronę czubek języka.
               -        Taa… Od razu. – Naburmuszyła się sztucznie, całkowicie ignorując gest Victorii, po czym obie roześmiały się.
Dziewczyny gadały sobie beztrosko, aż za oknami się ściemniło i jasnowłosa stwierdziła, że już idzie, bo sama musi zakuwać na nowoczesną. Co prawda miała większość ogarniętą, no ale na jej studiach oczekiwania prowadzących sięgały gwiazd. Właściwie granatowookiej to nie przeszkadzało, bo stwierdziła, że jak już skończy ten etap edukacji, to przynajmniej już wśród nich będzie. Nikt do końca nie rozumiał, o co jej w tym względzie chodzi, ale ją samą niewiele to obchodziło, w końcu dla niej ludzie to jedynie czynnik problemotwórczy, co po częstokroć powtarzała. W każdym razie, pożegnały się w drzwiach, do których Akemi odprowadziła swoją korepetytorkę. Oczywiście na odchodne Vii nie omieszkała przypomnieć fioletowookiej, że na następnych zajęciach spotykają się w czwartek i kazać do tego czasu przeczytać pracę o deformacji w fotografii, której ksero jej zostawiła, tłumacząc, że wprowadzi ją to w nową tematykę i przy okazji utrwali część tematu o Beksińskim.
Kiedy białowłosa została w końcu sama, opierając się plecami o drzwi, odetchnęła głęboko. Niestety, nie mogła się zrelaksować. Czekały na nią zadania z fizyki, które zlecił jej wykonać Uchiha, a o których liczbę tak się z nim wykłócała, próbując bezskutecznie cokolwiek wskórać. Cholera, nieustępliwy despota, bluznęła na niego w myślach i ruszyła schodami do swojego pokoju, z głową zwieszoną jakby szła na szafot.




poniedziałek, 26 czerwca 2017

Rozdział I


Dziewiąte prywatne liceum w Kyoto im. Akutagawy od momentu powstania mogło szczycić się wieloma talentami jakie wyszły z jego murów, pozostawiając po sobie tysiące odznaczeń, medali, pucharów i dyplomów. Poziom nauczania Ministerstwo Edukacji od zawsze szacowało jako najwyższy w prefekturze. W samym budynku szkoły świecącym renomą, wszystko przypominało uczniom o wybitnych poprzednikach i mówiło, że mają być ich godnymi następcami, i przynosić chlubę.
Wśród tych młodych geniuszów, w trzeciej ławce, w sali numer 53 na trzecim piętrze, siedziała, na swojej już ostatniej tego dnia lekcji, Kagawa Akemi. Dość wysoka, szczupła dziewczyna o fioletowych oczach i długich, białych włosach miała na sobie mundurek i tenisówki z niebieskimi podeszwami. Wskazywały one, że była uczennicą klasy humanistycznej, której wychowawcą była sensei Uzumaki Karin i należała do rocznika maturalnego. Tym, czym przynosiła szkole oraz sobie uznanie i serie ochów, była jej specjalizacja w plastyce. Tworzenie szkiców w nurcie realistycznym opanowała do perfekcji, niezależnie od techniki w jakiej miały być wykonywane. We wszystkich konkursach i olimpiadach, nawet tych na szczeblu ogólnojapońskim zajmowała czołowe pozycje. Ściany sali numer czternaście, pracowni od WOSu należącej do ich wychowawczyni, ozdabiało siedemnaście dyplomów i trzy puchary zdobyte przez białowłosą. Jej marzeniem było dostanie się na Wydział Grafiki Cesarskiej Akademii Sztuk Pięknych, w związku z czym na maturze musiała zdać historię sztuki. Nie jest to przedmiot, którego by uczono nawet w takim liceum jak prywatna IX Akutagawy, ponieważ nie należał do programu edukacji opracowanego przez ministerstwo. Obecnie nie stanowiło to wszelako najmniejszego problemu. Już w tamtym roku Aki znalazła ogłoszenie pewnej dziewczyny studiującej taki kierunek na Uniwersytecie Kyoto, oferującej korepetycje, więc postanowiła skorzystać z okazji, tym bardziej, że cena nie była zbyt wysoka, bo Victoria chciała jedynie trochę dorobić do swoich dość wysokich miesięcznych wydatków. Jednak, nawet taka utalentowana osóbka ma swoje słabe strony, przynajmniej w rozumieniu takiej szkoły jak ta. Fioletowooka miała 2,5 z fizyki, które w każdym innym liceum byłoby pewnie równowartością w okolicach czwórki, jednak nie tutaj.  Uzyskując wynik na poziomie 50%, otrzymywało się 1, zaliczyć przedmiot można było dopiero od 60% dających 2.  Co prawda wychodziło jej 68% czyli pozytywna ocena, niemal 2,5, ale jej wychowawczyni uznała, że nie wypada, aby tak uzdolniona dziewczyna miała na świadectwie taki wynik, więc w trosce o jej przyszłość, uzgodniła z jej nauczycielem fizyki senseiem Uchihą Madarą słynącym w całej prefekturze ze swojej niezwykłej surowości i cenionym w całej Japonii za swoją rozległą wiedzę, geniusz i kompetencję, że dwa razy w tygodniu będzie udzielał Kagawie korepetycji. Kruczowłosy, młody mężczyzna o nieprzeniknionym spojrzeniu czarnych niczym nocne niebo tęczówek, w którym kochały się prawie wszystkie dziewczyny w szkole i kilku chłopców, zjawiał się u niej w każdy poniedziałek i środę. Uzumaki - sensei chciała, aby jej wychowanka starała się o 5, czyli zdobyła powyżej 96%, jednak już na starcie fizyk uświadomił jej, że to w przypadku dziewczyny niewykonalne. Początkowo, choć z niemałym trudem, Karin - sensei , zgodziła się zaakceptować u swojej uczennicy ocenę dobrą plasującą się o 11% niżej. Wkrótce okazało się, że i taki wynik będzie nieosiągalny, bo wymagania Madary sięgały gwiazd. Na pocieszenie obiecał fioletowookiej, iż postawi jej 3,5 jeśli będzie miała z jego przedmiotu 82%, choć u każdego innego nauczyciela starczyłoby 78. Właśnie te szalone progi procentowe sprawiały, że na czwórki i piątki trzeba było pracować bardzo ciężko w pocie czoła, aby dostać co najmniej 85% bądź 96%, a celującą zdobywało się przekraczając graniczące z cudem 120%. Akemi momentami myślała, że pierdolnie, a od kiedy trafiła do tej placówki zdarzało jej się to często i coraz częściej. Jej zapracowani rodzice byli jednak nieprzejednani, oczekując, że porządna podstawa umożliwi ich córce jeszcze porządniejsze studia prawnicze, a później najporządniejszą z możliwych przyszłość. Toteż byli początkowo zdziwieni, kiedy fioletowooka przyprowadziła jasnowłosą, młodą kobietę, mającą ją wdrażać w tajniki teorii sztuki. Stwierdzili w końcu, że to dobrze, iż ich dziecko będzie obyte z kulturą wysoką, bo przecież kto to widział wykształconą, światłą osobę nieobeznaną ze sztuką; prawnika - chama?
Kagawa z ulgą przyjęła dzwonek kończący ostatecznie jej zajęcia, a widok składającego swoje rzeczy potrzebne do prowadzenia lekcji historii Kakuzu - senseia, wydał jej się najpiękniejszym tego dnia. Spakowała swoje rzeczy  i rzucając krótkie „Sayōnara sensei” wyszła z klasy kierując się do szatni. Gdy tylko opuściła budynek szkoły, włączyła odtwarzacz i zaczęła wkładać do uszu słuchawki, podbiegł do niej wysoki, szczupły, długowłosy blondyn o błękitnych oczach.
               -        Cześć Aki - chan – uśmiechnął się sympatycznie. – Miałabyś ochotę pójść na pizzę? Otworzyli niedawno świetną knajpkę nieopodal Placu Daizaia.
Kagawa spojrzała na chłopaka. Długa grzywka zasłaniała mu całkowicie lewe oko. Zaprzyjaźnili się już na początku pierwszej klasy. Dziewczyna naprawdę go lubiła, był sympatyczny, zabawny i był normalny w odróżnieniu od pozostałych osobników w szkole. Jednak dzisiaj nie chciała nigdzie iść, jakoś po wszystkich tych lekcjach po prostu nie miała sił. Poza tym był poniedziałek, więc miał przyjść Uchiha, na kolejne trucie dupy czymś, co ją gówno interesowało. Myśl ta w ciągu chwili tak ją dobiła, że aż westchnęła cierpiętniczo.
               -        Gomen ne, nie chciałem się narzucać – powiedział lekko zmieszany, sądząc, że to reakcja na jego propozycję.
               -        Nie o to chodzi Dei - kun – westchnęła znów. – Po prostu muszę uciekać na chatę. Mam za trochę korki, a jeszcze chciałabym się trochę przed tym ogarnąć. – W jej głosie słychać było ogromne zniechęcenie.
               -        To nic. – Deidara uśmiechnął się pocieszająco. – Następnym razem gdzieś skoczymy. – Poklepał fioletowooką po ramieniu i dodał – Przeżyj to! Ja ne.
               -        Spróbuję – mruknęła jeszcze do oddalającego się Iwagakego.
Ruszyła w stronę domu, a w jej uszach wreszcie wylądowały słuchawki, racząc ją dźwiękami jednej z piosenek Nirvany.
Jak to dobrze, że Uchiha - sensei, nie wymaga, żebym przy nim jeszcze w domu siedziała w mundurku, pomyślała z wdzięcznością, kiedy wyszła spod prysznica i wytarłszy ciało, zaczęła wciągać czarne rurki. Sięgnęła po leżącą obok nich na szafce niebieską bokserkę, a gdy na jej stopach znalazły się czarne skarpetki w wisienki, podeszła do lustra. Nadal w ręczniku na głowie, zrobiła sobie dwie równe kreski czarnym eyelinerem i wytuszowała rzęsy, po czym zdjęła ten prowizoryczny turban i lekko przeczesała palcami opadające na plecy, białe włosy. Nim zdążyły całkowicie wyschnąć rozległ się dźwięk dzwonka sygnalizujący przybycie nauczyciela.
               -        Konnichi wa sensei – przywitała kruczowłosego, otworzywszy drzwi.
Zanim padła odpowiedź została obrzucona przeszywającym spojrzeniem czarnych tęczówek Uchihy, który wszedł już do środka.
               -         Dzień dobry.
Fioletowooka zaproponowała zrobienie gościowi herbaty, ale odmówił. Weszli szybko do jej pokoju.
               -        Zrobiłaś zadania, które kazałem? – Zapytał na wstępie, gdy tylko usiadł.
               -        Hai. – Zaczęła zniechęcona. Na ostatnich korepetycjach w środę zadał jej dwadzieścia pięć bardzo trudnych zdań. Początkowo myślała, że jest ich tylko dużo, ale kiedy zobaczyła treść mało sobie włosów nie powyrywała. – Zrobiłam wszystkie – odpowiedziała.
               -        Īdarō. Pokaż.
Białowłosa podała mu swój zeszyt. Nauczyciel przez chwilę przerzucał wzrok z zadania na zadanie, po czym rzucił notatnik na biurko z niezadowoloną miną.
               -        Wszystkie źle – warknął kpiąco. – Czy ty mnie w ogóle słuchałaś Kagawa - san? – Zapytał poirytowany.
Akemi chciała być wszędzie byleby nie tam. Miała wrażenie, że nachmurzone spojrzenie Uchihy przewierca ją na wylot i odkrywa wszystkie jej najbardziej zawstydzające sekrety.
               -        Sumimasen sensei – powiedziała słabym głosem. – Starałam się.
               -        Doprawdy? – Zironizował. – Nie widzę – rzucił ostro.
Spuściła głowę. Czuła się beznadziejnie. No, co za dzień!
               -        Nie czas na użalanie się nad sobą – powiedział po chwili oschle. – Trzeba to popoprawiać. I wziąć się za dzisiejszy materiał. Powinnaś się bardziej przykładać. Jak widać dwadzieścia pięć zadań ci nie wystarcza. Musisz więcej pracować.
To nie może być prawda! Jej myśli aż zawyły z rozpaczy. Czy to miało znaczyć, że na środę zada mi jeszcze więcej? Nie…!... 
               -        Hai. – Odpowiedziała mimo to, cichym głosem.
               -        Dobrze. Spójrz – powiedział wskazując na plik kartek.
Krótko przypomniał co zrealizowali na poprzednim spotkaniu. Jeszcze raz wytłumaczył najważniejsze rzeczy i zaczął pokazywać Akemi błędy w kolejnych zadaniach, zaznaczając wszystkie niepoprawne zapisy na czerwono swoim piórem.
   -        Już rozumiesz? – Zapytał, gdy skończyli i nie czekając na odpowiedź, dodał – poprawisz to na środę.
                 -        Dobrze, sensei – starała się nie pokazać jak wielką niechęć żywi do tego pomysłu.
                 -        Sate, przejdźmy zatem, do tego, co mieliśmy zrobić dzisiaj.
   -        Hai.
Przez kolejne pół godziny Uchiha tłumaczył białowłosej najważniejsze zagadnienia związane z kinetyką układów inercjalnych i rozwiewał wszelkie wątpliwości. Pod jego czujnym okiem Aki udało się nawet wykonać poprawnie zadanie, choć nie obyło się bez surowej krytyki ze strony nauczyciela. Byli właśnie mniej więcej w połowie drugiego, kiedy przerwał im dźwięk dzwonka. Aki spojrzała na zegarek, który wskazywał siedemnastą. Przez to powtarzanie poprzedniego tematu nie wyrobili się w czasie. Białowłosa zwróciła się do czarnookiego:
               -        Sumimasen senesi.
Ten jedynie w milczeniu skinął głową, więc wstała i szybko wyszła z pokoju. Gdy otworzyła drzwi frontowe jej oczom ukazała się korepetytorka.

 ~*~   ~*~   ~*~

Jasnowłosa dziewczyna otwarła oczy, ukazując światu dwie, granatowe jak burzowe niebo tęczówki. Zamrugała parę razy odpędzając resztki snu i ziewnęła krótko. Przeciągnęła zaspane mięśnie, po czym rozejrzała po pokoju...
-        Borze sosnowy... Jaki tu burdel. – To i tak niedopowiedzenie.
Po pokoju dziewczyny, który mieścił się w dwupokojowym mieszkaniu, które ta dzieliła ze swoim współlokatorem Orochimaru, walało się wszystko, co mogło. Ciuchy, naczynia, jedzenie... Możliwe nawet, że jakaś nowa forma życia. Na stoliku niedaleko łóżka, na którym swój zgrabny tyłek zaparkowała Victoria Katsuma, leżało opakowanie z — tak Z — pizzą, sprzed nie wiadomo ilu dni. Przy łóżku rzucona została bluzka i stanik z seksownym wzorkiem w myszki. W dalszym kącie stała sztaluga. Płótno było w połowie zapełnione i przedstawiało pejzaż metafizyczny. Na lewo od posłania było okno, jedno jedyne... Dawało doskonały widok na miasto Kyoto, które, jak większość wielkich miast, budziło się nocą. Teraz było w miarę spokojnie. Przez otwartą szybę dało się słyszeć spokojny szum przejeżdżających od czasu do czasu samochodów. Vii mieszkała w spokojniejszej części miasta, gdzie miała blisko do swojego uniwersytetu, na którym studiowała 3 rok historii sztuki.
Wstając zrzuciła kołdrę, która dołączyła do kubka po herbacie i innych szmat tworząc swego rodzaju gniazdo. Potykając się o niezidentyfikowany obiekt ruszyła do łazienki. Będąc w niej spojrzała w lustro... Jej oczy się rozszerzyły, a z ust wydobył jęk, który pewnie zna każda kobieta, mówił tyle co "Kurwa, jak ja wyglądam???". Westchnęła ciężko nad swym losem, po czym skierowała się do kabiny prysznicowej... Cały "rytuał" zajął jej blisko godzinę - no bo po co krócej? - a następnie ubrana w sukienkę w kolorze pastelowej zieleni, do tego cieliste rajstopy, zaczęła rozmyślać o planach na dzisiejszy dzień. Właściwie nic specjalniego: musi odwiedzić chorą koleżankę z uczelni, dać jej notatki, potem szybka wizyta w banku i na 17:00 jest umówiona na korki u Aki. Jasnowłosa musiała przyznać, że bardzo polubiła fioletowooką. Dziewczyna była miła - przynajmniej zazwyczaj, bystra, złakniona wiedzy i można było z nią porozmawiać dosłownie o wszystkim. Za to straszna z niej maruda, ale nikt nie jest idealny.
Po dostarczeniu notatek i zorientowaniu się, że jej konto praktycznie świeci pustką, raźnym krokiem ruszyła w stronę domu państwa Kagawa. Jej czarne kozaki wybijały równy rytm na chodniku, a zimowy płaszcz tego samego koloru szeleścił wesoło. Nucąc i oczywiście fałszując przy tym niemiłosiernie jakiś utwór, rozmyślała nad dzisiejszą lekcją jaką przeprowadzi z białowłosą. Postanowiła, że zajmą się twórczością Beksińskiego i ni chuja, nie odpuści młodej tego konkretnego tematu. Zaśmiała się złowieszczo w myślach i po pokonaniu morderczej przeszkody jaką były 3 niewielkie schodki, wcisnęła dzwonek... Do jej uszu dotarła bardzo przyjemna melodia, która wprawiła ją w jeszcze lepszy nastrój. Drzwi otworzyły się, a zza framugi wynurzył się łeb nastolatki, która wyglądała jakby miała zamiar uciec i nie wrócić.
            -        Siems! — rzuciła granatowooka, a Aki skrzywiła się.
            -        Cześć... On tu jeszcze jest — powiedziała, zrobiła oczka jak szczeniak, po czym z ogromnym smutkiem w głosie rzekła — Przytul... – Victoria pogłaskała dziewczynę po głowie. Wiedziała jak trudna jest dla nastolatki fizyka, a zwłaszcza z tym człowiekiem.
-        Chodź, wygonimy go. – Weszły do budynku.
Madara siedział sobie grzecznie w pokoju białowłosej, nikomu nie wadząc - tak przynajmniej uważał... Kiedy do pomieszczenia weszły dziewczyny. Madara przyglądając się granatowookiej niespiesznie wstał z miejsca. Jego czarne oczy przebiegły po ciele młodej studentki i zdecydowanie spodobało mu się to, co zobaczył. Wysokie kozaki podkreślały zgrabne nogi. Szerokie biodra i ładne wcięcie w talii. Góra sukienki w kolorze zielonym, opinała średniej wielkości piersi. Delikatna twarzyczka z lekko zadartym nosem, pełnymi różanymi ustami, okalana przez burzę jasnych włosów przywodziła mu na myśl twarze aniołów... I te oczy, które patrzyły na niego tak... Tak...
            -        Długo jeszcze będzie pan tak stał, panie Uchiha? – Doszedł go melodyjny głosik, jednak z niezbyt przyjazną nutą.
            -        Emm... Proszę? – Wystękał.
            -        Mam teraz korepetycje z Akemi, jej rodzice drogo mi płacą, a pan zabiera jej czas, który powinna poświęcić na naukę ze mną – wyrzuciła wyniosłym tonem.
            -        Ach tak, panno...?
            -        Katsuma Victoria... Więc?
            -        Rozumiem, faktycznie powinienem już iść... Akemi-chan – zwrócił się do nastolatki — przygotuj się, proszę z tego, co ci dzisiaj tłumaczyłem i zrób wszystkie ćwiczenia z rozdziału.
            -        Coooo? Nie!... – zawyła żałośnie...
            -        Żadnego sprzeciwu, młoda damo. Robisz takie postępy, że wolniej już można tylko do tyłu...
            -        Ale...  Zaczęła dziewczyna, jednak przerwał jej stanowczy głos Victorii.
            -        Gdyby miał pan odpowiednie podejście pedagogiczne, panie Uchiha, z pewnością Akemi miałaby świetne oceny.
            -        Co proszę?! – Oburzył się mężczyzna.
            -        Słyszał pan... Akemi jest bardzo inteligentna. To nieco dziwne, że z innych przedmiotów ma świetne oceny, a z fizyki już niekoniecznie. Zresztą, słyszałam, że nie ona jedna. Co innego, gdyby była jedyną uczennicą z takim problemem z pana przedmiotu. Ale skoro spora część klasy nie rozumie tego co pan “tłumaczy”, to raczej jasne, że największym problemem jest właśnie pan. – Zakończyła, wbijając palec w jego szeroką pierś. Madara wybałuszył oczy, a jego wzrok zmieniał pozycję z palca wciąż spoczywające na jego piersi to na oczy kobiety. Był wkurzony, ale trudno mu było zignorować dreszcz, który przeszedł go poprzez dotyk i delikatny zapach perfum Victorii, który otoczył go niczym mgiełka.
            -        Więc... Twierdzi pani, że jestem beznadziejnym pedagogiem?
            -        Może nie beznadziejnym... Ale dobry umiałby jej wytłumaczyć wszystko, zwłaszcza, że macie zajęcia indywidualne... Nawalanie ćwiczeń to nie wyjście. Potrzebne jest odpowiednie podejście. Najwyraźniej go panu brakuje...  Wyrzuciła z siebie, patrząc na niego z lekkim uśmiechem. Uchiha skrzywił się i spojrzał na nastolatkę, która stała struchlała tuż obok, i patrzyła na całą potyczkę niczym na atak terrorystyczny. Kiedy poczuła na sobie wzrok mężczyzny zbladła i uśmiechnęła się nerwowo...
            -        Hehehe... – wyrzuciła  no to ten ten... Że ten... I w ogóle... No tamto... Już idę!  Krzyknęła i wypadła z pokoju jak burza. Victoria parsknęła, a Madara wywrócił oczami. Ta dziewczyna potrafiła powalić na kolana. Ale może faktycznie był zbyt surowy...
            -        Tak czy siak – zaczęła Katsuma – Niech pan więcej tłumaczy, a mniej zadaje... Dziewczyna ma sporo na głowie.
            -        Nie radziłbym kwestionować moich metod, panno Katsuma. Zarówno te słowa, jak i młody wiek jawnie wskazują na brak doświadczenia. Naprawdę czuje się panna na siłach mnie pouczać? Też coś. - Prychnął. – Proszę mi się zatem pochwalić osiągnięciami swoich uczniów: ich sukcesami edukacyjnymi osiągniętymi dzięki panny pomocy, wygranymi olimpiadami, dobrze zdanymi maturami albo egzaminami wstępnymi pozwalającymi dostać się na wiodące uczelnie w kraju czy poza jego granicami; mam wymieniać więcej... Hoo...?... Cóż to za mina? Jeszcze chwilę temu była panna taka pewna siebie. A teraz...  wbił spojrzenie swoich czarnych tęczówek w jej oczy – Panny milczenie jest wymowniejsze od najbardziej filozoficznej gadki.
            -        Panie Uchiha, mowy rzymskich retorów są zbędne, głównie z powodu bezskuteczności wobec pana postawy. Chyba teraz ja powinnam, patrząc na pana, rzucić jakimś spłaszczającym rzeczywistość frazesem typu ”stara szkoła”.  – Uchiha zmarszczył brwi, ale nieprzejęta tym jasnowłosa kontynuowała. – Jak widzę przyjął pan aktywną linię obrony, jednak powołuje się pan, jakby nie patrzeć, na sukcesy innych – nie własne. Wygrane olimpiady przedmiotowe czy dostanie się na studia ścisłe bądź techniczne nierozerwalnie z fizyką związane, wskazują jasno, że osoby, z którymi pan pracował były tym tematem zainteresowane. W związku z tym naprawdę trudno stwierdzić czy pana wpływ na ich osiągnięcia był aż tak duży, jak pan mniema, ponieważ równie dobrze mogła to być wyłączna zasługa ich wewnętrznej fascynacji. Doceniam pana poświęcenie, jednak to praca z osobami, którym brak pasji z danej dziedziny jest prawdziwym sprawdzianem dla nauczyciela i jego umiejętności. Nie zgodzi się pan?
            -        Sensei…  wtrąciła nieśmiało Kagawa, która wróciła do pokoju chcąc zażegnać niepotrzebny spór.
            -        Nie zaczynaj – przerwał jej Madara.  Teorie są różne – wrócił do rozmowy z artystką.  Faktem jest, że bez pracy własnej w ani jednym, ani w drugim przypadku nie można oczekiwać zadowalających rezultatów. – Tu na powrót zwrócił się do swojej uczennicy – Aki, zrób te wszystkie zadania, o które Cię poprosiłem.
            -        Dobrze, sensei... – odpowiedziała zrezygnowana.
            -        Więc może oczekuje pan zbyt wiele… – Victoria próbowała jeszcze przejednać go przyciszonym głosem o łagodnym tonie.
            -        Ja już będę szedł – zignorował jej wypowiedź. – Nie chcę wam przeszkadzać, rozumiem, że też macie dużo nauki... Do zobaczenia w szkole, Akemi-chan.
              -        Do widzenia, Uchiha-sensei.
-        Do zobaczenia, panno Katsuma — powiedział do kobiety.
Podali sobie ręce, Madara pocałował jej dłoń patrząc głęboko w granatowe tęczówki. Dostrzegł delikatny rumieniec pod oczami i uśmiechnął się szelmowsko.
-        Do widzenia, panie Uchiha — powiedziała.
Madara odprowadzony przez białowłosą jeszcze raz pożegnał się z nią przy drzwiach. Akemi wróciła do granatowookiej i rąbnęła śmiechem.
      -        Ta bryła lodu zrobiła się przy tobie dziwnie miła.
            -        Przymknij się — odpowiedziała Vii — wyciągaj książki.
            -        Ehh... Jesteście siebie warci. Co dzisiaj?! – Krzyknęła z kuchni.
            -        Beksiński! – Krzyknęła pełnym ekscytacji głosem, gdy doszedł do niej zbolały jęk.